fot. Free-Photos från Pixabay
W dzisiejszych czasach temat świętości jest coraz mniej popularny, bo niewygodny. Zakorzenieni w konsumpcyjnej kulturze jesteśmy nastawieni na sukces, szybkie zdobywanie, potrzebujemy czuć się „kimś”. Pochwalić się naszymi osiągnięciami, wyznaczać produktywne cele i przeć do przodu, aby inni nas nie wyprzedzili. Ta kultura przenika do chrześcijaństwa i ani się nie obejrzymy, a tkwimy w tym po uszy. Uprawiamy „chrześcijańską” politykę wchodzenia w układy i układziki. Żebyśmy tylko nie wypadli z rynku chrześcijańskiego, żeby inni nas nie przegonili. Dlatego nieustannie musimy być fit, w formie duchowej, mieć nowe „mądre” objawienia, rozwijać nasze służby. Poprzez modlitwę próbujemy kontrolować Boga i nasze osiągnięcia. Nawet, jeśli potrzebujemy Jezusa, to po to, aby spełniał nasze marzenia, przyklaskiwał naszym celom, aby spełniały się nasze wizje. Nawet jeśli odebrane od Boga, to nadal są to:„moja” wizja, „moje” objawienie, „moja” służba, bo Pan „mi” powiedział i „moja” ciężka praca. Często będąc w biegu i pędzie naszych aktywności możemy być nawet nieświadomi, że wpadliśmy w tę pułapkę. Jest to kwestia nie tego, co zewnętrzne, ale motywacji, serca. Dlatego tak lubię książki i filmy o świętych, pustelnikach. Jedną z moich ulubionych jest książka „O naśladowaniu Chrystusa”. Niedawno przyszła mi taka myśl do głowy: czy będziesz ze Mną tak po prostu, bez innego celu niż bycie blisko i poznanie Mnie dla samego poznania. Bez pragnienia chrześcijańskiego sukcesu, bez potrzeby udowadniania sobie i światu, jaki jesteś wspaniały, pracowity, mądry, utalentowany i ile osiągnąłeś. Bez karmienia swojego ego. Potrzebujemy jeszcze wiele zrozumieć z tego czym jest niepopularny temat „śmierci w Chrystusie” czym jest zakorzenienie i bycie w Nim.
