Ostatnio wróciłam do książki „Twarzą do ściany”. Po raz kolejny zainspirowała mnie historia Dona Pottera, który zrezygnował z grania i śpiewania dla ludzi i grał na gitarze twarzą do ściany przez 3 lata. W pewnym momencie było mu tak dobrze przed tą ścianą, samemu z Bogiem, że wcale nie chciał wracać na scenę. To jest niebezpieczeństwo pustelniczego życia 🙂 Kiedy grasz przed ścianą, ściana Cię nie oceni. Nikt Ci nie powie, że czegoś za dużo, za mało, tu sfałszowałaś, że nie lubi twojego głosu, że kiepsko śpiewasz czy grasz. Nikt Cię nie oceni, czy jesteś dobrym czy kiepskim artystą, liderem uwielbienia, czy Twoje kompozycje komuś się podobają, czy nie. Nikt Cię nie porówna do kogoś innego. Ściana wymownie milczy, a Ty odczuwasz wolność, że możesz grać to, co chcesz, jak chcesz, nie przejmując się, czy ludzie to zrozumieją i czy wejdą w to, jak Ty wyrażasz się przed Bogiem. Nikogo nie drażnisz swoją osobą. Nie musisz się przejmować, czy ktoś Cię polubi, polubi Twoją muzykę i kupi Twoją płytę. Ściana jest niewzruszona. Cała ta opowieść o ścianie dotyczy każdego naszego bycia przed ludźmi. Przychodzi jednak czas, kiedy trzeba wyjść poza ścianę. Wiąże się to z wystawieniem na krytykę i ocenę. Sztuką jest zachować w sobie tę wolność, pokonać strach przed ludzką opinią, krytyką, hejtem. Grać i śpiewać tak samo, jak przed ścianą, dla tego samego jednego widza. Ten widz nas nie ocenia, nie wytyka błędów, kocha bezwarunkowo, kibicuje nam. To Jemu warto się podobać. Ludzkie uznanie bywa tymczasowe…

