fot. Sabine van ErpJest taka pokusa, żeby koniecznie kimś być, żeby coś na tym świecie znaczyć” (śp. ks. Piotr Pawlukiewicz). Jako chrześcijanie nie jesteśmy wolni od tych pokus. Chcemy mieć „moją” służbę, być liderami (żeby mogli o nas powiedzieć lider czegoś). Mój mąż kiedyś napisał, że „każdy chciałby być Lewandowskim i strzelać, ale nie każdy chce grać na obronie czy pomocy”. Chcemy mieć to poczucie, że odnieśliśmy sukces, coś znaczymy, że ludzie się liczą z naszym zdaniem. Często wydaje nam się, że im lepszy marketing, im lepsze układy, tym większy będziemy mieć zasięg, że musimy nieustannie ludzi zaskakiwać, rozwijać się. Dawać im więcej, na coraz to lepszym poziomie, żeby nieustannie przypominać im o swoim istnieniu. Żebyśmy nie zniknęli z rynku, żeby nie przestano nas gdzieś zapraszać. Po części to prawda. Marketing i nieustanny rozwój nie zaszkodzą 🙂 Jednak najbardziej poruszają mnie historie, gdzie sam Bóg robi marketing, a człowiek tak zupełnie umiera dla własnych ambicji i wywyższenia jego osoby. Kiedy człowiek idzie w miejsca trudne i niewygodne, zupełnie dla niego nienaturalne i niekomfortowe. Gdzie ktoś rezygnuje zupełnie z poczucia sukcesu i bycia kimś i życie poświęca chorym, niepełnosprawnym, umierającym. To jest postawa zupełnie konfrontująca nasze słabe skoncentrowane na sobie ego, które domaga się podziwu i lajków. Mam wrażenie, że dlatego między innymi Bóg wymyślił rodzicielstwo 🙂
