Co by było pełnią?

Co roku świętujemy i wołamy, że Jezus zmartwychwstał! Ogólnie wszyscy chrześcijanie zgadzają się z tym i nie mają wątpliwości co do tego zdarzenia. Na ile jednak On zmartwychwstał w moim sercu? Na ile jestem przemieniona/y na jego obraz? Na ile tryska ze mnie miłość, radość i pokój? Nie chodzi o to, co potrafię wygenerować na czas spotkań z ludźmi, posta, filmiku, czy wtedy, kiedy mnie widać 🙂 Ale taką permanentną, szczerą, wewnętrzną miłość i radość, która rodzi się z bliskości z Bogiem. Ostatnio w związku z wydarzeniami z koronawirusem, doszłam do wniosku, że nie jestem za bardzo gotowa na śmierć. Mogę otaczać się chrześcijańską kulturą, chrześcijanami, czytać chrześcijańskie książki, chodzić do Kościoła, ale czy i na ile Go znam dziś? Na ile jestem z Nim blisko dziś…? Co bym powiedziała, gdybym dziś zobaczyła Jezusa, tak jak zobaczyły Go kobiety przy grobie, a potem apostołowie? Chyba bym szczerze przyznała, że nie czuję się gotowa…Wiem, że cel dla którego jestem na tej ziemi nie został wypełniony. Ale ostatnio mam wrażenie, że generalnie próbuję przetrwać pomiędzy pracą z dziećmi, a dziećmi w domu. Ten rozdźwięk między rzeczywistością nieba, a tą przyziemną rzeczywistością bywa bolesny. Może u niektórych jest całkiem w porządku, są z siebie zadowoleni. Inni zawsze chcą więcej, zadowoleni będą raczej w niebie. Są i tacy, którzy w tym momencie po prostu próbują przetrwać. Jedni walczą i zdobywają, drudzy próbują oddychać i nie utonąć. Są różne czasy i pory. Na ile dziś doświadczam pełni zbawienia w moim życiu? To już jest pytanie do każdego z nas. Co byłoby pełnią? Każdy doświadcza jej w iluś procentach. Życzę nam jak największych procentów 🙂
