Lalki



Co roku świętujemy i wołamy, że Jezus zmartwychwstał! Ogólnie wszyscy chrześcijanie zgadzają się z tym i nie mają wątpliwości co do tego zdarzenia. Na ile jednak On zmartwychwstał w moim sercu? Na ile jestem przemieniona/y na jego obraz? Na ile tryska ze mnie miłość, radość i pokój? Nie chodzi o to, co potrafię wygenerować na czas spotkań z ludźmi, posta, filmiku, czy wtedy, kiedy mnie widać 🙂 Ale taką permanentną, szczerą, wewnętrzną miłość i radość, która rodzi się z bliskości z Bogiem. Ostatnio w związku z wydarzeniami z koronawirusem, doszłam do wniosku, że nie jestem za bardzo gotowa na śmierć. Mogę otaczać się chrześcijańską kulturą, chrześcijanami, czytać chrześcijańskie książki, chodzić do Kościoła, ale czy i na ile Go znam dziś? Na ile jestem z Nim blisko dziś…? Co bym powiedziała, gdybym dziś zobaczyła Jezusa, tak jak zobaczyły Go kobiety przy grobie, a potem apostołowie? Chyba bym szczerze przyznała, że nie czuję się gotowa…Wiem, że cel dla którego jestem na tej ziemi nie został wypełniony. Ale ostatnio mam wrażenie, że generalnie próbuję przetrwać pomiędzy pracą z dziećmi, a dziećmi w domu. Ten rozdźwięk między rzeczywistością nieba, a tą przyziemną rzeczywistością bywa bolesny. Może u niektórych jest całkiem w porządku, są z siebie zadowoleni. Inni zawsze chcą więcej, zadowoleni będą raczej w niebie. Są i tacy, którzy w tym momencie po prostu próbują przetrwać. Jedni walczą i zdobywają, drudzy próbują oddychać i nie utonąć. Są różne czasy i pory. Na ile dziś doświadczam pełni zbawienia w moim życiu? To już jest pytanie do każdego z nas. Co byłoby pełnią? Każdy doświadcza jej w iluś procentach. Życzę nam jak największych procentów 🙂

fot. Arek Socha, Pixabay
„Upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem”(Artur Rojek „Mieć czy być”). Ogromną sztuką jest zachować dziecięcy zachwyt światem. Zatrzymać się i jak dzieci chłonąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami. Umieć zachwycić się słońcem, kolorem nieba, zapachem lasu, śpiewem ptaków. Brzmi trochę infantylnie…A jednak tak łatwo się zabiegać i skupić czasem na robieniu czy posiadaniu. Znaleźć szczęście w zwykłej codzienności. Bardziej być niż mieć. Nie zagubić się „w rzeczywistości codziennej sprzedaży, gdzie być przestaje cokolwiek znaczyć”. Chrześcijaństwo i Ewangelię też można sprzedawać. Uwierz w Jezusa, a On Ci da… zbawienie, uzdrowienie, finanse, szczęście, spełnienie itd. Generalnie nasze ego nastawione jest na branie i chętnie przyjmuje. Na szczęście Niebiańska Bezwarunkowa Nieskończona Miłość jest za darmo. Nie musimy mieć, nie musimy robić. Wystarczy być. A kiedy przyjmiemy, możemy dawać…

Australia płonie, a my produkujemy i konsumujemy coraz więcej, niszcząc klimat i wyzyskując ludzi. To nasz nadmierny konsumpcjonizm, poczucie, że musimy mieć więcej: więcej mięsa, więcej jedzenia, lepszy telefon, lepszy samochód, więcej ubrań, więcej kosmetyków, nasila problemy klimatyczne. Są teraz przecież teraz takie atrakcyjne promocje i pakiety. Ten jest silniejszy, kto dokonuje większej ekspansji, bogatsze są te państwa, które więcej produkują, więcej i szybciej sprzedają. Konkurencja o bycie najsilniejszym hegemonem trwa. Teraz o dominację ekonomiczną i polityczną walczą Stany Zjednoczone z Chinami, Rosja też nie rezygnuje z wpływów. Są to również państwa, które produkują najwięcej CO2 do atmosfery. Których priorytetem są imperialne zapędy, a nie klimat. Polska też nie jest wzorem ekologii wycinając lasy i zabijając dziki. Nie da się bezkarnie dokonywać ekspansji i zniszczeń na tak szeroką skalę, bez konsekwencji dla środowiska. Konsekwencji, których najbardziej doświadczą nasze dzieci i wnuki. Życie składa się z naszych małych decyzji i wyborów. Nowy telefon można kupić, kiedy stary nam przestanie działać. Nowych samochodów w ogóle nie warto kupować. Po wyjeździe z salonu od razu tracą na wartości. Nie potrzebujemy nadmiaru ubrań, kosmetyków itd. Warto dążyć do minimalizmu. Kupować i nie kupować świadomie. Potrzebuję dużo mniej, niż mi się wydaje…Sama sobie to codziennie powtarzam.


fot. LUM3N, Pixabay
Mam wrażenie, że niektórzy chrześcijanie żyją czasem w bańce wiecznej szczęśliwości, przynajmniej z pozorów. Idziemy, zdobywamy, mamy wizję, nie ma tu miejsca na słabość, z choroby Jezus uzdrawia, a starość nas młodych jeszcze nie dotyczy. Przecież „Jezus Cię kocha”, „Jezus się tym zajmie”, a „Ty się módl i ufaj Panu”. To jest lekarstwo na wszystkie problemy, a ja „pomodlę się za Ciebie”. Mam wrażenie czasem jakby był to rodzaj magicznego myślenia, wypowiem zaklęcie i wszystko będzie super. Cierpienie jakby nie istniało. Próbujemy je jakoś wyprzeć, nie mówić, ewentualnie mamy argument, że Jezus też cierpiał na krzyżu i było to cierpienie dużo większe niż nasze małe wyzwania. Są tacy, którzy problemy nazywają wyzwaniami, oni nie mają problemów. Dopiero, kiedy stajemy przed sytuacjami czyjejś lub naszej depresji, choroby, śmierci, widzimy jak nasze życie jest kruche. Jak bardzo potrzebujemy Boga w naszej słabości i nieudolności, żeby po prostu przetrwać. Kiedy zmierzamy się z niespełnionymi oczekiwaniami, przestajemy wypierać rzeczywistość i oszukiwać samych siebie, że wszystko jest wspaniale. Jeszcze bardziej rozumiemy, jak desperacko potrzebujemy doskonałej miłości i wiary nie z tego świata. Życie po prostu nie jest czarno białe. Nie jest łatwe. Życie nas po prostu czasem przerasta. I to jest OK.
fot. congerdesign, Pixabay
fot. Alexas_Fotos, Pixabay