Na luziczku


fot. LUM3N, Pixabay
Mam wrażenie, że niektórzy chrześcijanie żyją czasem w bańce wiecznej szczęśliwości, przynajmniej z pozorów. Idziemy, zdobywamy, mamy wizję, nie ma tu miejsca na słabość, z choroby Jezus uzdrawia, a starość nas młodych jeszcze nie dotyczy. Przecież „Jezus Cię kocha”, „Jezus się tym zajmie”, a „Ty się módl i ufaj Panu”. To jest lekarstwo na wszystkie problemy, a ja „pomodlę się za Ciebie”. Mam wrażenie czasem jakby był to rodzaj magicznego myślenia, wypowiem zaklęcie i wszystko będzie super. Cierpienie jakby nie istniało. Próbujemy je jakoś wyprzeć, nie mówić, ewentualnie mamy argument, że Jezus też cierpiał na krzyżu i było to cierpienie dużo większe niż nasze małe wyzwania. Są tacy, którzy problemy nazywają wyzwaniami, oni nie mają problemów. Dopiero, kiedy stajemy przed sytuacjami czyjejś lub naszej depresji, choroby, śmierci, widzimy jak nasze życie jest kruche. Jak bardzo potrzebujemy Boga w naszej słabości i nieudolności, żeby po prostu przetrwać. Kiedy zmierzamy się z niespełnionymi oczekiwaniami, przestajemy wypierać rzeczywistość i oszukiwać samych siebie, że wszystko jest wspaniale. Jeszcze bardziej rozumiemy, jak desperacko potrzebujemy doskonałej miłości i wiary nie z tego świata. Życie po prostu nie jest czarno białe. Nie jest łatwe. Życie nas po prostu czasem przerasta. I to jest OK.
fot. Sasin Tipchai, Pixabay
Chrześcijaństwo wcale nie jest dla słabych ludzi, którzy boją się wziąć odpowiedzialność za swoje życie, a co złe zwalić na Boga. Dojrzałe chrześcijaństwo to właśnie branie odpowiedzialności za rodzinę, za otoczenie, za to żeby być inspiracją dla innych, przykładem, szczególnie dla kolejnych pokoleń. Chrześcijaństwo nie jest też dla wygodnickich. To nie jest ewangelia sukcesu. Nawrócę się, a Bóg mi wszystko da: kaskę, żonkę i spełnienie marzeń. Chrześcijaństwo to umieranie. Umieranie dla własnej wygody, własnych ambicji, własnego ja. Czy to znaczy, że Bóg nie spełnia naszych marzeń? Często tak, ale zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy. Życie to pewna zamiana. Coś tracisz, żeby coś zyskać.

fot. Sofia Cristina Córdova Valladares, Pixabay
Żyjemy pod różnymi presjami: żeby wyglądać żeby osiągać, żeby się rozwijać, żeby mieć służbę, być liderem, być w odpowiednim towarzystwie, znać tych „ważnych”, robić istotne rzeczy, być szczupłym, mieć męża, żonę, kasę, dom, dobry samochód, telefon i co tam jeszcze… Oglądałam niedawno wywiad z facetem, który pracuje w show-biznesie i który robi sobie operacje plastyczne. Mówi, że wszyscy w show-biznesie się odmładzają. Podobnie może być w dziedzinie zdrowia, można mieć obsesję na punkcie wyglądu, odchudzania, na punkcie ciągłego rozwoju, osiągania celów itp. Jako chrześcijanie możemy mieć potrzebę nieustannego „osiągania w wierze”, robienia tych ważnych duchowych i istotnych rzeczy. Istnieje presja, żeby więcej się modlić, mieć szerszą wizję, większy zasięg w służbie i co tam jeszcze. Bycie wolnym w dzisiejszym świecie jest nie lada wyczynem. Ci próbujący ją zachować, w mniejszym lub większym stopniu, bo wszyscy żyjemy w pewnym układzie społecznym, niosą tę wolność innym. Ci żyjący pod tymi presjami, nakładają te presje na innych. Sztuką jest nie poddać się temu i szukać tej wolności.